środa, 29 lutego 2012

wtorek, 21 lutego 2012

Pączki

Tłustego czwartku nie wyobrażam sobie bez pączków. Najpierw babci, która przywoziła ich wielką reklamówkę (w drugiej na ogromnym talerzu były chruściki). Później kupne. W tym roku postanowiłam po raz pierwszy sama je zrobic. Musiałam znaleźc prosty, sprawdzony przepis. Oczywiście szukałam na sprawdzonym cincinie.
Moje pączki z przepisu BeatySz.
http://www.cincin.cc/index.php?showtopic=18712&hl=p%B1czki

Składniki
60 dag mąki
7 żółtek
7 dag drożdży
1½ szklanki mleka
½ szklanki cukru
10 dag masła
szczypta soli
1 łyżka spirytusu
marmolada z róży

Przygotowanie
Wszystkie składniki powinny miec jednakową temperaturę.
Drożdże rozrobic z częścią podgrzanego mleka, łyżką cukru i kilkoma łyżkami mąki. Przykryc gazą (ja przykryłam po prostu pieluszką tetrową). Zostawic do wyrośnięcia. W tym czasie stopic masło, osudzic. Żółtka utrzec z cukrem. Sprawdzic rozczyn. Gdy podwoi objętośc i jego powierzchnia prawie się spłaszczy, a po lekkim dotknięciu palcem zapadnie się, to oznaka, że jest gotowy. Ważne, żeby uchwycic ten moment. Nie może byc niedojrzały (burzący się) albo przejrzały (przyklapnięty). Dodac do niego mleko, chłodne masło, żółtka, mąkę, sól, spirytus. Wyrobic, aż przestanie kleic się do rąk. Odstawic w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.
Formowac dłońmi "placuszki" i na środek każdego z nich nakładac marmoladę, ok ½ łyżeczki. Skleic. Zostawic do wyrośnięcia. Rozgrzac olej, smażyc na niewielkim ogniu. Gotowe układac na papierowym ręczniku, żeby tłuszcz odciekł. Jeszcze gorące posypac cukrem pudrem.

pączki

Przepis dodaję do akcji
Tłusty Czwartek 2012

Chrust reński

Ostatki to czas zabawy i pysznego jedzenia. Postanowiłam dziś zrobic coś, co pamiętam z dzieciństwa. Chrust reński robiła moja mama. Uwielbiałam go i znikał w oka mgnieniu. Dziadek wziął swoją wnusię i dzięki temu mogłam spokojnie podziałac w kuchni. A oto efekt.

Składniki
7 dag margaryny
5 dag cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
1 jajko
szczypta soli
3 łyżki rumu
25 dag mąki
4-5 łyżek mleka
olej do smażenia
cukier puder do posypania

Przygotowanie
Margarynę roztopic, ostudzic. W misce utrzec cukier, sól, cukier waniliowy, jajko, rum i margarynę. Wymieszac z mąką i taką ilością mleka, aby ciasto było elastyczne.
Ciasto wyłożyc na posypaną mąką stolnicę. Rozwałkowac na grubośc 3mm. Radełkiem pokroic na romby.
Ciastka smażyc partiami, tak aby się nie posklejały po dwie minuty z każdej strony. Usmażone wyłożyc na papierowy ręcznik, żeby odsączyc je z tłuszczu. Gorące posypac cukrem pudrem.

chrust reński

A dla własnej przyjemności zrobiłam różę z konfiturą z róży.
chrust reński

Przepis dodaję do akcji
Tłusty Czwartek 2012

niedziela, 19 lutego 2012

Czekoladowe ciasto z bananami i marshmallow

Nie ma nic piękniejszego w niedzielny poranek nad rozmowę i zabawę z córką. Co z tego, że ma ona niespełna cztery miesiące, więc narazie gugamy każda swoje - przecież się świetnie rozumiemy. Ulubiona zabawa? Już od jakiegoś czasu podnoszenie się. Łapie mamę za palce i w góóórę. Jupi, siedzę! Jej radosny śmiech i słodki uśmiech są najpiękniejszym widokiem.
A co robi mama, kiedy dziewczynka się znudzi, zje i pójdzie spac? Mama wtedy cichutko wychodzi z pokoju, robi sobie kawę i bierze duży kawałek upieczonego poprzedniego dnia ciasta. Z takim zaopatrzeniem można już sobie spokojnie usiąśc przed komputerem i sprawdzic co ciekawego dzieje się na świecie.
Przepis na to ciasto dostałam od znajomej z Norwegii, kiedy zachwyciłam się jej zdjęciem tegoż właśnie ciasta. Aniu dziękuję :*


przed pieczeniem

Czekoladowe ciasto z bananami i marshmallow

Składniki
4 jajka
2 szklanki cukru
20 dag masła
tabliczka gorzkiej czekolady
2 szklanki mąki
1½ łyżeczki proszku do pieczenia
3 banany
pianki marshmallow

Przygotowanie
Masło i czekoladę rozpuścic, zostawic do ostygnięcia. W misce ubic jajka z cukrem. Dodac do nich masło z czekoladą, mąkę, proszek do pieczenia. Połączyc. Wlac do wcześniej przygotowanej blaszki. Ja miałam wielkości 24x27cm. Posypac plastrami bananów i piankami.
Piec 30 minut w 200°C


ciasto


Przepis dodaję do Czekoladowego Weekendu zorganizowanego przez Beę

piątek, 17 lutego 2012

Łosoś w cieście francuskim

Tata śmieje się ze mnie, że robię z niego i mojego brata testerów, bo wypróbowuję na nich nowe przepisy. Może trochę tak. Dla siebie samej nie chce mi się za bardzo robic czegokolwiek wymyślnego, za to dla moich chłopaków to i owszem. Dziś kolejny taki przepis znaleziony w przepastnych czeluściach moich zbiorów. Łososia regularnie przywożę, kiedy przyjeżdżam na urlop. Dziś, żeby sporzytkowac ciasto francuskie i odgruzowac zamrażarkę na obiad będzie łosoś z warzywami w cieście francuskim.



Łosoś w cieście francuskim

Składniki:
filet łososia bez skóry
ciasto francuskie
1 opakowanie mrożonki warzywnej
2 łyżki oleju sojowego
20g masła
jajko do smarowania
sól, pieprz biały
sok z cytryny

Przygotowanie:
Schłodzone ciasto francuskie rozwałkowac, rozciąc na trzy równe części. Warzywa podsmażyc, doprawic solą i pieprzem, zostawic do wystygnięcia. Łososia pokroic na trzy części, doprawic, podsmażyc na oleju i maśle, zostawic do wystygnięcia.
Na połowie każdego plastera ciasta położyc łososia, warzywa. Przykryc drugą połową. Brze4gi wysmarowac rozbełtanym jajkiem, skleic. w centralnym miejscu wyciąc mały otwór i wstawic rulonik z pergaminu, tworząc komin. Wstawic do piekarnika nagrzanego do 180C. Po zrumienieniu się ciasta zmnieujszyc temperaturę do 140C. Czas pieczenia zależy od grubości potrawy, ale nie powinien przekroczyc 1 godziny.
Przygotowac sos. Sok z cytryny wlac do rondelka, zagotowac. Odstawic z gazu cały czas mieszajac trzepaczką, dodac miekkie masło. Gdy sos będzie gładki doprawic solą i pieprzem.
Na talerz położyc porcję łososia, ryż, polac sosem.

przed pieczeniem
Uzupełnię też wpis o skan przepisu jak tylko podłączę drukarkę.

Przepis dodaję do akcji Owoce morza

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Pierwsza podróż samolotem

Zastanawiałam się jak przebiegnie nasza podróż. Powszechne jest, że dzieci nie przepadają za samolotami. Szczególnie zmiana ciśnienia kiedy samolot startuje i ląduje jest nieprzyjemna dla małego dziecka. Cóż się dziwić takiemu maleństwu, skoro i my dorośli nie wspominamy tego uczucia jako przyjemnego.
Maleńka ślicznie przespała drogę na lotnisko. Obudziła się na chwilę kiedy stałyśmy w kolejce do odprawy, ale wzięłam ją na ręce i była bardzo grzeczna. Nie uszły oczywiście mojej uwadze komentarze współpasażerów, że jak takie małe dziecko leci, to będzie płakało cały lot. Hmm nie powiem, żeby jakieś miłe to dla mnie było. Cóż, każdy ma prawo do własnych opinii.
Śpiąca królewna przebudziła się raz jeszcze tuż przed wejściem na pokład samolotu - bez mleka nie chciała się uspokoić. Większość pasażerów już wsiadła, kiedy Ania uznała, że się najadła. W samolocie miałyśmy komfort - trzy miejsca dla nas. Dzięki temu fotelik został z nami. Samolot też już wygodniejszy - iceland express zmienił całą flotę na Boeing 737. Stewardessy były bardzo miłe. Pomogły zapiąć mi podwójne pasy, przyniosły koc i poduszki. Kilkakrotnie podchodziły do nas z pytaniem czy w czymś mogą pomóc. Bardzo to miłe z ich strony. Tuż przed startem zaczęłam Anię karmić, gdyż dowiedziałam się, że dzięki temu nie powinna płakać. Póki samolot kołował faktycznie jeszcze jadła, lecz kiedy ustawił się już do lotu stwierdziła, że nie chce więcej. Moja obawa - płacz. Reakcja Ani na start samolotu - sen. Przespała większość lotu. Obudziła się dopiero pod koniec lotu. Nakarmiłam ją, porozmawiałyśmy, pooglądała świat za oknem, a kiedy samolot zaczął obniżać poziom lotu Anusia znowu usnęła. Leciało w sumie kilkoro dzieci, wszystkie starsze od Ani i niestety mocno płaczliwe i krzykliwe. Byłam bardzo dumna z mojej małej córeczki.
Miło jest kiedy obcy ludzie okazują zrozumienie i pomoc młodej matce samotnie podróżującej z małym dzieckiem. Na lotnisku w Keflaviku pomógł nam jeden ze współpasażerów, na lotnisku w Warszawie dojść do autobusu pomogły stewardessy, a z autobusu do taśmy z bagażami miła dziewczyna. Jeszcze raz bardzo dziękujemy :D
Na lotnisku czekał mój tata - dumny dziadek. Bardzo ucieszyłam się kiedy go zobaczyłam - dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak mocno za nim tęskniłam. Fajnie być z nimi w Polsce.

środa, 26 października 2011

Pieczona dynia i co z niej zrobiłam

Lampiony tak, jedzenie nie. No może z wyjątkiem pestek. Tej zasady się do tej pory trzymałam. Nigdy jakoś nie ciągnęło mnie do spróbowania dyni, chociaż lubię nowe smaki, próbować czegoś czego jeszcze nie jadłam. Mięso z renifera albo puffina? Ja pierwsza ustawię się w kolejkę po nie. Firmowa impreza świąteczna w zeszłym roku. Jak tylko usłyszałam co podają do jedzenia, to się od razu ucieszyłam w przeciwieństwie do większości ludzi ode mnie z pracy, którzy potrafili po kilka razy pytać czy to co chcą sobie nałożyć, to na pewno nie baranina. O pozostałych mięsach nawet słyszeć nie chcieli. Cóż, jeden będzie szukał nowych smaków, a drugi nie pomyśli nawet o czymś innym niż schabowy z kapustą. Każdy ma wolny wybór.

Dynie nie pojawiały się w moim domu. Nie widziałam ich też u znajomych. Któregoś roku babcia w swoim ogrodzie posadziła ich kilka, dwie czy trzy nawet przywiozła nam. Mama wyciągnęła pestki i je ususzyła, co stało się z resztą nie pamiętam. Na pewno nie zjedliśmy ich. A może poszły w słoiki? Coś mi się kojarzy, że coś takiego widziałam w piwnicy.


Dynia

Swoją pierwszą dynię kupiłam rok temu. Oczywiście poszła na lampion. Pestki ususzyłam. Pyszne były. Miałam zamiar zrobić coś z tej dyni, ale mimo przejrzenia mnóstwa przepisów na Internecie jakoś nie zabrałam się za to. Kiedy lampion spełnił swoje zadanie poszedł do kosza.

Ostatnio podczas rutynowych zakupów, które robiłam przy okazji wizyty u lekarza w Reykjaviku zobaczyłam dynię. Mała, niepodobna do klasycznego wyglądu dyni, ale postanowiłam ją kupić z myślą, że coś z niej zrobię. Leżała w lodówce jakieś dwa tygodnie. Patrzyła na mnie za każdym razem jak otwierałam lodówkę. Wczoraj wreszcie się za nią zabrałam.


Dynia


Bea ogłosiła coroczny tydzień dyni i dzięki niej dowiedziałam się pod jaką nazwą ukrywa się moje warzywko. Butternut. Na pierwszy ogień poszło pieczenie.


Pieczona dynia

Składniki:
1 dynia butternut
oliwa z oliwek
sól

Przygotowanie:
Dynię obrać, pokroić na kostkę o boku 1cm. Wrzucić na blaszkę, polać oliwą i posypać solą. Wymieszać. Piec 20-30minut. Co jakiś czas sprawdzać czy już zmiękła.


Pieczona dynia

Ja się w niej zakochałam. Jest słodka, lekko chrupiąca na zewnątrz, mięciutka w środku. Boska przekąska.

Postanowiłam iść za dyniowym ciosem. Akt drugi przedstawienia. Zupa. Jak szaleć to szaleć.


Zupa dyniowa

Składniki:
½ upieczonej dyni butternut
1 szklanka bulionu warzywnego

Przygotowanie:
Przygotować bulion. Jeśli nie mamy wcześniej przygotowanego można równie dobrze zrobić go z kostki warzywnej. Upieczoną dynię zmiksować, dodać do bulionu. Ewentualnie można zagęścić mąką. Tak proste i nieskomplikowane, ale mogę przysiąc, że jest bardzo dobra.


Zupa z dyni

Przepisy dodaję do akcji Bei.

czwartek, 13 października 2011

Powiew PRL'u, czyli blok czekoladowy

Co pamiętam z PRL'u? Chyba nie za dużo. Pamiętam kolejki, które dla małego dziecka były raczej atrakcją, a nie męczeniem się jak dla dorosłych. Co jeszcze? Kiedy teraz czytam książki albo oglądam filmy osadzone w tamtej rzeczywistości, to szukam w pamięci czy u nas w domu też były takie problemy, takie szarpanie się z kartkami, kombinowanie, żeby coś zdobyć. Nie pamiętam, żeby czegoś mi szczególnie brakowało. Miałam fajne, spokojne dzieciństwo. Pełne miłości i ludzi wokół, dla których wiedziałam, że jestem bardzo ważna. Może dlatego nie odczuwałam tego polityczno-gospodarczego zawirowania. Mieszkała z nami moja prababcia, która się mną zajmowała, a ja byłam jej oczkiem w głowie. Gotowała, piekła, przygotowywała różne smakołyki. Moja babcia była mistrzynią wypieków, a ja uwielbiałam spędzać z nią noce na ich przygotowywaniu. Jak to się zawsze śmiał z niej mój wujek, że babcia to jest "trzecia zmiana", bo najlepiej robi jej się wszystko w nocy. A ja towarzyszyłam jej wieczorami i nocami na gotowaniu, pieczeniu, wyszywaniu czy robieniu na drutach. Jak wszędzie można przeczytać, to podstawowym przysmakiem był wtedy blok czekoladowy. Hmm Ja go nie znam. Mnóstwo pyszności pamiętam, ale nie jego. Bloku w naszym domu nie było. Pierwszy raz usłyszałam o nim rok temu. Kuzyn koleżanki, który przyjechał do nas na wakacje do pracy mi o nim powiedział i pokazał jak przygotować. Wtedy jadłam go po raz pierwszy. Dziś zrobiłam go sama. Nie wiem na ile udany jest, bo smaku tamtego nie pamiętam. Ten mi smakuje i to najważniejsze. Jedno co mnie denerwuje, to że strasznie zapycha, ale to chyba o to chodzi. ;) Jeśli ktoś ma ochotę na szybki w przygotowaniu deser, to zapraszam.



Blok czekoladowy

Składniki:
250g masła
1/2 szklanki wody
1 1/2 szklanki cukru pudru
6 łyżek kakao
450g herbatników
garść rodzynek
garść orzechów

Przygotowanie:
Wlać do rondla wodę, dodać masło i poczekać, aż się rozpuści. Dodać cukier i kakao. Poczekać do połączenia składników, odstawić do przestygnięcia. Herbatniki pokruszyć do miski. Dodać rodzynki, orzechy i mleko w proszku. Przestygniętą masę kakaową dodać do miski i dokładnie połączyć. Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć do niej masę, dokładnie dociskając. Wstawić do lodówki na 3-4h. Wyjąć z formy, zdjąć papier, kroić.

PS. Zdjęcie będzie jutro. Teraz jest noc, a ja i przy świetle mam problem, żeby zrobić łądne zdjęcie jedzenia.

sobota, 1 października 2011

Matka na zakręcie

Czemu ja tu zaglądam tylko po to, żeby napisać o przykrych rzeczach? Chyba to porozwalane moje życie nie chce się uporządkować samo, a ja jestem . . . żeby uporządkować je sama. Niedługo maleństwo ustawi wszystko na właściwych pozycjach. Dziś jest rocznica śmierci babci. Trzy najważniejsze kobiety w moim życiu mama, babcia i prababcia. Wszystkie są już tak daleko. Bardzo mi ich brakuje. Im bliżej porodu, nomen omen kolejnej kobiety, ja coraz bardziej odczuwam ich brak. Prababci, która mnie tak naprawdę wychowała, była ze mną zawsze i przez pierwsze lata życia była mi bliższa niż mama. Babci, która nauczyła mnie tak wielu ważnych rzeczy, po której mam pasję gotowania, choć bardzo daleko mi do niej, tak naprawdę to marna w tym jestem. Mamy, mojej cudownej przyjaciółki, której mogłam wszystko powiedzieć, która nie mogła się doczekać kiedy ja będę miała dziecko i po cichu liczyła, że to będzie dziewczynka. Sentymentalna się robię. To starość czy coraz bliższa perspektywa pojawienia się w moim życiu maleńkiej istoty, która stanie się moją najbliższą rodziną?

sobota, 13 sierpnia 2011

Mama

Kiepski dzień. Nie mówię, że tylko dlatego, że od paru tygodni mam koszmarne lęki związane z dzieckiem, z tym jak sobie poradzę kiedy się urodzi i te multum spraw, które powinnam załatwić przed porodem i po porodzie. Nawet nie dlatego, że jutro jest ostatni mój wolny dzień po dwutygodniowym odpoczynku zaleconym przez lekarza ze względu na moje przepracowanie i groźbę wcześniejszego porodu, choć jestem dopiero w połowie siódmego miesiąca.
Źle mi dzisiaj, bo myślę o mamie. Dziś jest druga rocznica jej śmierci. Bardzo mi jej brakuje. Jest tyle rzeczy, które chciałabym jej powiedzieć, o które zapytać, tyle momentów, które chciałabym móc przeżyć z nią. Ona tak bardzo chciała mieć wnuczkę. Pamiętam jak kupowałam ciuszki dla córeczki mojej przyjaciółki, a ona powiedziała z takim rozmarzeniem, że chciałaby już kupować ciuszki dla swojej wnuczki. To było dwa i pół roku temu. Będzie miała swoją wymarzoną wnuczkę, ale jej nie pozna.
Mamusiu tak bardzo mi Ciebie brakuje.
świeca